rysunek: Szymon Kruczek

 Anioł

Nie wierzyła ani swoim dłoniom ani oczom. Z jej pleców wyrosły skrzydła. Piękne i lekkie. Marzyła o nich od dzieciństwa. W snach często wyrastały jej pióra. Rozpędzała się nad urwiskiem, rozpościerała skrzydła i przy niewielkim wysiłku unosiła się w górę. Oglądała z góry swój ogród, dom, rzekę, ciemny pas lasów, gwarne ulice pobliskiego miasta.
Latała w trakcie niedzielnego nabożeństwa w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusowego. Nie musiała nawet zamykać oczu, by wyobrazić sobie, jak jej ciało traci ciężar i za pomocą kilku delikatnych machnięć przenosi się w jakieś cudowne miejsce.
Fruwała podczas nudnych lekcji, kiedy nie mogła zasnąć, leżąc podczas wakacji na plaży, podczas zwierzeń koleżanki.
Nigdy jednak nie przypuszczała, że kiedyś wyrosną jej prawdziwe skrzydła. Wiedziała, czyja to sprawka. Chciała jak najszybciej zatelefonować i podziękować. W końcu postanowiła, że najpierw sprawdzi, czy nie są to czasem tylko bezużyteczne wyrostki. Zarzuciła pelerynę i wymknęła się z mieszkania. Pobiegła nad urwisko, z którego w snach tyle razy startowała do lotu. Bała się. 
Poruszyła lekko skrzydłami. Ciało jednak nadal dotykało ziemi. Zaczęła biec i wymachiwać nimi. Przez chwilę miała wrażenie, że nogi odrywają się od zroszonej trawy. Kilka kolejnych prób nie doprowadziło jednak do zamierzonego celu. Zatrzymała się, kucnęła i skupiła. Potem jeszcze raz rozpostarła skrzydła i zaczęła nimi poruszać harmonijnie, jednocześnie biegnąc. Poczuła, że się unosi. Za moment znowu była na ziemi. Wiedziała, że latanie jest możliwe. Zatrzymała się kilka metrów od skarpy. Rozpędziła się. Przez moment wydawało jej się, że spada. Leciała. Patrzyła z góry na falujące łany, kolorowe łąki. Potok zamienił się w cienką wstążkę, a domy w ułożone chaotycznie pudełka. Była tak przejęta, że nawet nie zauważyła jak omdlewa z wysiłku. Wylądowała w mokradłach. Wróciła na piechotę. Próby latania powtarzała przez kolejne dni. Szło jej coraz lepiej. Nie męczyła się już tak szybko, łatwiej odrywała się od ziemi. 
Znajomi i rodzina przyzwyczaili się do pierzastych wyrostków na jej plecach. Nauczyła się żyć ze skrzydłami. Latanie traktowała jak rodzaj rekreacji. Zamiast - jak dawniej - spacerować, teraz latała po okolicy. Ile razy znajdowała się w nowym miejscu, nie mogła oprzeć się pokusie, by obejrzeć panoramę z lotu ptaka. Czasem skrzydła ratowały ją z opresji - kiedy ktoś zaczepiał ją na ulicy, kiedy przechadzała się po zatłoczonym mieście, kiedy gonił ją pies albo ktoś na nią krzyczał - wtedy po prostu odfruwała. 
Skrzydła zaakceptował narzeczony. Mówił nawet, że jest aniołem. Przez chwilę była w nim zakochana. Kiedy jednak stanęła przed ołtarzem w ślubnej sukni, przestraszyła się. Nie mogła się powstrzymać. Uniosła się w górę i odleciała. Ludzie długo o tym opowiadali. 
Innym razem przez skrzydła straciła pracę. Szef krzyczał na nią o jakieś głupstwo. Ubliżał i groził, że nie dostanie premii. Wściekła się i z miejsca poszybowała w górę. Wołał za nią, żeby natychmiast wracała. Groził, że jeśli zaraz nie wyląduje, może się już nigdy nie pojawiać w pracy. Nie potrafiła powstrzymać się przed chęcią wzniesienia się jeszcze wyżej. Następnego dnia wróciła skruszona, przepraszała i błagała, żeby jej nie wyrzucał. Szef był jednak bezlitosny. Była bez pracy przez kilka miesięcy. Nie miała za co żyć. Nikt nie chciał jej przyjąć, podejrzewała, że z powodu skrzydeł. Zdała sobie też sprawę, że za każdym razem, ilekroć ma jakiś problem do rozwiązania, zamiast się z nim zmierzyć, odfruwa. Spostrzegła, że przez skrzydła traci przyjaciół, rodzinę. Boleśnie czuła swoją inność. 
Pewnej nocy, w maju albo z początkiem czerwca zakradła się do kuchni i wzięła olbrzymie nożyce, którymi matka zazwyczaj porcjowała kurczaki. Kiedy metal wbił się w nasadę skrzydła, poczuła ból. Zrobiło się jej słabo. Resztkami sił ścisnęła nożyce tak, aż skrzydło odpadło. Kolana jej się ugięły. Chwilę później pozbyła się drugiego skrzydła. Pociemniało jej przed oczami. 
Rano znalazła ją matka. Leżała na podłodze skulona. Zaskoczona kobieta zauważyła, że skrzydła zniknęły. Nie było też żadnych ran na plecach córki. 
Pogrzeb był cichy. Ksiądz odmówił udziału w pochówku.

 

strona główna