Bronek Cisków

Bronkowi Ciskowemu z Leśnicy samoloty chodziły po głowie od dzieciństwa. Nawet drewniane szpulki po niciach potrafił wzbić w powietrze. Wystarczyło wbić dwa gwoździe, zamontować śmigło,
blaszkę i naciągnąć sznurek, by zmusić kawałek drewna do lotu. Jako chłopiec godzinami mógł patrzeć w niebo, a gdy nikt go nie widział, zamykał oczy i szybował po łąkach ukrytych w leśniczańskich dolinach.
W nocy podczas snu  - wychodził na pobliską górę, rozkładał ręce i lekkim ruchem dłoni unosił się w powietrze. Leciał zawsze nad wsią. Nad kościołem wzbijał się wyżej, by o wieżę nie zahaczyć. Nad polem swoim - Ciskowym na chwilę się zatrzymywał, jakby siły gromadził, a  potem gwałtownie nabierał wysokości. Zagony zamieniały się we wstążki, drzewa w małe punkty, aż w końcu wszystko znikało z oczu. Buszował po gęstych jak pierzyna chmurach. Chmury były ciepłe i pachniały mlekiem. Były tak gęste, że Bronek brał je do ręki i formował z nich dla zabawy różne figury. Chmury wchodziły ustami i nosem, przenikały przez skórę. Wypełniał się nimi cały. W końcu robił  się tak ciężki, że zaczynał powoli opadać na ziemię. Takie były Bronkowe sny.
Od małego Bronkowi Ciskowemu po głowie chodziły maszyny - tryby, motory, przekładnie i śruby układały się w uporządkowaną całość. Wiedział, co jest do czego, co z czym połączyć, by martwe przedmioty wprawić w ruch, a nawet zmusić do pracy. I nie ze szkół te mądrości Bronek wyniósł, ale z siebie, ze swoich zdolności, z tajemnicy jakiejś
głęboko ukrytej w człowieku. Wnet i ludzie spostrzegli, że do maszyn Bronek
Cisków ma dryg. Pierwszy we wsi miał prawo jazdy, pierwszy w okolicy woził panny na starej shl-ce - motocyklu, który wyciągał 120  kilometrów na
godzinę. Do niego przyszli urzędnicy z Kółka Rolniczego, gdy przydzielili pierwszy traktor na wieś.
Namówili, żeby był kierowcą. Zgodził się, choć ludzie odradzali. W przydzielonym traktorze widzieli zapowiedź pgr-u.
Ale Bronek Cisków nie przejmował się gadaniem.
O ciągnik dbał jak o żywą istotę. Do pola
ludziom jeździł i po kamienie do Białki. Mleko do mleczarni woził. Cieszył go traktor, ale tak naprawdę po głowie
chodziły mu samoloty. Doroślał i coraz bardziej wstydził się tych marzeń, ale uwolnić się o od nich nie mógł. Matce nie mógł myśli swoich zdradzić, bo by się gniewała. Jej tylko ziemia była w głowie.
Świat matki miał tylko długość i szerokość. Kończył się na granicy z Szaflarami, tam, gdzie Cisków zagon. Szerokość tego świata była jeszcze mniejsza, bo wyznaczały ją dwie miedze i  kamienie postawione przez pradziadka Ciskowego. W górę matka rzadko patrzyła, tyle tylko, by
w izbie zobaczyć  Boską Rodzicielkę zawieszoną pod powałą i o przebaczenie ją prosić. W górę patrzyła jeszcze, żeby grabiami trafić w konar jabłonki
i strząsnąć dojrzałe owoce. Czasem strwożona podnosiła oczy i modlitwą próbowała chmury odpędzić,
żeby siana nie zalało. Matka zajęta była ziemią. Oczyma poganiała zboże, żeby szybciej rosło i dorodne było, krowy oczyma tuczyła i uroki od nich odpędzała. W górę rzadko patrzyła także dlatego, że nie było w niej pychy ani zarozumiałości i bluźnierstwa się bała. Taka była matka Bronka Ciskowego. On był inny. Trawę kosił, ale zamiast patrzeć, żeby za miedzę kosa nie wjechała, wzrok mu błądził od chmury do chmury. Nawet jak był w kościele, zamiast skupić się na słowach proboszcza, Aniołowi Gabrielowi, od którego tynk już odpadał, skrzydeł zazdrościł. Raz Bronek Cisków zapomniał się przy młócce.
Przekrzykując warkot maszyny z marzeń swoich koledze się wygadał:
Chciołbyś, Stasek, furgnąć tak, jak ten ptosek, ku niebu? - zagadnął.
- Moze i tak, ino cym? - zaśmiał się Staszek, połykając kłęby kurzu.
- Samolot se zmajstrujemy - odrzekł mu Bronek, patrząc na silnik młockarni, który w wyobraźni przeobraził się już w źródło napędu maszyny latającej.
Kiedy Bronek zobaczył, że oczy Staszka zaiskrzyły, wiedział, że znalazł w nim bratnią duszę. W czwartek pojechał do Nowego Targu na jarmark i kupił
jednocylindrowy silnik niemieckiej produkcji - sześć koni mechanicznych, dwusuwowy,  benzyniak. W ciemnej wiacie, w ukryciu powstał z "klijonki" kadłub, następnie skrzydła, każde po półtora metra. Razem ze Staszkiem ręcznie wiercili dziury, nitowali drutem. W wiacie spędzali każdą wolną chwilę. Po kilku miesiącach maszyna była gotowa. Położyli ją na sanki i wyjechali na pobliską łąkę. Kiedy włączyli silnik, samolot ruszył do przodu, ale silnik był za słaby, żeby unieść ciężar w powietrze. Gdy kolejne próby nie powiodły się,
Bronek zmarkotniał. Zawiózł maszynę z powrotem do wiaty, zniszczył skrzydła i kadłub, a silnik do młockarni przyprawił i zaczął ludziom młócić słomę. Zarabiał dobrze, a o samolocie starał się zapomnieć. - Tylko katastrofa z tego mogła być jaka - wmawiał sobie. Włosy mu szybko posiwiały, czoło się pomarszczyło. Usta dziwnie wykrzywiły.
Sny dawne odeszły.
W tej samej wiacie zmajstrował sobie ciągnik. Jeździł nim do pola, do lasu po drzewo, nawet po papierosy do sklepu. Pracował ciężko, roboty sobie
wyszukiwał, jakby się wolnego czasu bał.
Czasem tylko, jak zobaczył na niebie jakiś samolot, coś w nim drgało. Porywał czerwoną szmatę, podskakiwał do góry i machał nerwowo, jakby z tego samolotu jakiś ratunek miał przyjść. Z pobłażaniem
patrzyła na to żona, a gdy sąsiadki  naśmiewały się, mówiła, że woli, żeby Bronek  samolotom machał szmatą, niż miałby do knajpy iść i pijany wracać. Dziwnie na ojca patrzyli dorastający
synowie, którzy smykałkę do maszyn po nim przejęli, ale nie marzenia. Kurczył się jakoś tak w sobie Bronek Cisków, chorować zaczął. Reumatyzm mu dokuczał, a na prawej nodze zrobiła się rana, która nie chciała się wygoić. Coraz rzadziej wychodził do pola, częściej pozostawał w pościeli. Leżał godzinami. Oczu nie otwierał, czasem jakby oddychać zapominał. Lekarzy
nie pozwolił wezwać do siebie, do kościoła na niedzielną mszę przestał chodzić. Żona podejrze wała, że nawet pacierza nie odmawia. Gazdówka
też przestała go obchodzić. Żony nie zapytał nigdy, czy zboże wzeszło albo czy zdążyła z synami siano złożyć w kopy przed deszczem.
Nie wiadomo, ile lat to trwało, w każdym razie ludzie we wsi prawie o nim zapomnieli. Aż tu nagle, trzy dni przed Niedzielą Palmową, Bronek Cisków jakby zmartwychwstał. Wystroił się w czarny
kabat, sukniane portki i zszedł do wsi. Przeszedł kawałek drogą, skręcił w stronę największego w okolicy wzgórza. Szedł, jakby ciało o boleściach 
zapomniało. Gdy już był na samym czubku góry - zatrzymał się. Rozłożył ręce na bok, zaczął nimi lekko poruszać, aż oderwał się od ziemi. Unosił się powoli. Widzieli to ludzie, którzy z autobusu wysiedli, listonosz, a nawet syn jego, który z miasta wracał traktorem esiokiem. Organista widział, jak nad kościołem Bronek wzbił się wyżej, tak by o wieżę nie zahaczyć. Jedni drugim Bronka pokazywali. Przystawali przy drodze, zapominali o robocie. Wielu było świadkami, jak nad polem swoim,  Ciskowym, Bronek zatrzymał się na chwilę. Potem poruszył kilka razy rękami i zaczął się wznosić. Chwila minęła, a ludzie już nie Bronka widzieli, tylko coraz mniejszy punkt, aż w końcu zupełnie zniknął.
 

strona główna