Artykuł zwyciężył w konkursie Local Press 2012 w kategorii Społeczeństwo.

 

Eurosieroty

- Mama oddała mnie do domu dziecka, bo pracuje w Austrii - Staś mówi o tym bez emocji. Adaś myślał, że jak ucieknie z domu, mama wróci. 8-letni Paweł z tęsknoty przestał mówić.

Na Podhalu nie ma wioski, żeby w klasie nie było kilkoro dzieci, których rodzice pracują za granicą. Zdarza się, że małżeństwa wyjeżdżają, zostawiając pociechy pod opieką dziadków czy sąsiadów. W zakopiańskim domu dziecka "Tatrogród" jest teraz dwoje dzieci, które trafiły tu, bo rodzice pracują za granicą. Jeszcze niedawno było ich siedmioro. - To poważny problem, niedługo te dzieci będą dorosłe. Będą miały problemy z założeniem szczęśliwej rodziny, powtórzą błędy rodziców - twierdzi Marta Gospodarska, pedagog i terapeuta w gminie Nowy Targ.
Staś wraz z rodzeństwem trafił do domu dziecka w Zakopanem w 2003 roku. Pochodzi z pobliskiej wioski. Kiedy rodzice wyjechali do Włoch, czwórka dzieci pozostała pod opieką schorowanej babci. Starsza kobieta nie radziła sobie. Po 2 latach poprosiła o pomoc sąd. Staś miał wtedy 8 lat, z dwójką rodzeństwa trafił do "Tatrogrodu". Najstarsza, 16-letnia siostra była wtedy w ciąży, umieszczono ją w innej placówce. Ich mama w tym czasie opiekowała się we Włoszech cudzymi dziećmi. - Przyjechała w wakacje, mówiła, że wkrótce wróci po dzieci, że zabierze je, tylko musi zarobić na wykończenie domu. Potem przez kilka lat w każde wakacje zabierała do Włoch jedno dziecko. Cztery lata temu oznajmiła, że w 2010 roku wraca już na stałe i zabiera dzieci. Nie zdążyła, ciężko zachorowała, małżeństwo się rozpadło, dom na Podhalu stoi niewykończony, a dzieci pozostały w domu dziecka - opowiada Krystyna Juraszek, dyrektorka Domu Dziecka "Tatrogród". 
W domu dziecka jest także 11-letni Krzyś. Jego rodzice są po rozwodzie, oboje w Anglii, babcia w USA. Zanim trafił do domu dziecka, mieszkał z siostrami w domu, bez opieki dorosłych. - W ferie miał przyjechać ojciec, ale nie przyjechał. Przysłał tylko 50 funtów. Krzyś regularnie dostaje przelewy, raz od mamy, raz od taty. Ale zabrać go do siebie nie chcą - mówi pani dyrektor. 
Rodzice nie uczą się na błędach
8-letni Piotruś spod Nowego Targu mieszka z ojcem. Matka pracowała za granicą. Kiedyś narobił sobie kanapek, wziął ulubionego misia, książkę i uciekł z domu. Policja znalazła go w stodole u sąsiada. Spędził tam noc. - Ojciec twierdził, że uciekł, bo dostał jedynkę z dyktanda. A mnie w gabinecie Piotruś powiedział, że myślał, że jak ucieknie, to mama przestanie wyjeżdżać - opowiada Marta Gospodarska. - Niestety, rodzice nie wyciągnęli z tej sytuacji żadnych wniosków - podkreśla pedagog.
8-letni Pawełek nie widział mamy od urodzenia, bo ta pracuje w USA. Był najmłodszy z ośmiorga rodzeństwa. Ojciec zginął w wypadku, dzieci wychowywała siostra matki. - Pawełek zamykał się w swoim świecie coraz bardziej, nie nawiązywał kontaktów z rówieśnikami. Przestał mówić, zamiast zdań artykułował tylko pojedyncze słowa. Dopiero w trzeciej klasie matka zabrała go do USA. Nie wiem, co z nim się teraz dzieje - mówi pedagog z gminy Nowy Targ.
Mateusz i Grzesiek mieszkają teraz z ojcem, ale był taki moment, że mama była w USA, a ojciec w Austrii. Nimi zajmowało się wujostwo. Matka założyła w Ameryce nową rodzinę, ma dzieci z nowym partnerem. Chłopcy są z ojcem. - Kiedyś polonistka w podstawówce kazała dzieciom napisać o swoich matkach. Mateusz rzucił zeszytem i zaczął krzyczeć na lekcji: "matki są głupie i beznadziejne!" - opowiada nauczycielka.
Chata wolna
W tej samej miejscowości jest dwójka dzieci, którymi opiekuje się 80-letnia babcia. Rodzice pracują w Szwecji. Ewa jest już w gimnazjum, Adam kończy podstawówkę. - Dzieci zupełnie nie słuchają babci, przeklinają, kiedyś Adam rzucił w twarz babci pierogami, bo mu nie smakowały - opowiada sąsiadka. - Mają też kłopoty w szkole. Szczególnie Adam ma problemy w kontaktach z rówieśnikami, przeszkadza na lekcji, jest niestabilny emocjonalnie. Matka za każdym razem, jak przyjeżdża do kraju, 2-3 razy w roku, przychodzi do szkoły i pyta, jak się uczą, ale to nie rozwiązuje problemu - twierdzi nauczycielka.
Dom rodziny K. to we wsi miejsce schadzek nastolatków. Ojciec od lat pracuje w Niemczech, matka jest w domu, ale sprząta na nocną zmianę. Trójka dzieci pozostaje bez opieki. - Chata wolna, przychodzi tam młodzież - pojawia się alkohol, narkotyki, dziewczyna stamtąd nawet trafiła do szpitala po próbie samobójczej - opowiada nauczycielka.
Ukradzione dzieciństwo
- W naszej szkole nie ma klasy, żeby nie było kilkoro takich dzieci, których jedno lub dwoje rodziców pracuje za granicą. Niestety, z takimi dziećmi mamy kłopoty częściej, niż z rówieśnikami z klasycznych rodzin. Są zaniedbane, lubią zwracać na siebie uwagę, wagarują, mają konflikty z rówieśnikami - wymienia nauczycielka. Kiedy jest jakiś problem, kontakt z rodzicami jest utrudniony albo nie ma go w ogóle. 
- Mamy takiego chłopczyka, który jest pod opieką upośledzonej matki. Tatuś jest za granicą z inną kobietą. Ten chłopiec, choć ma dopiero 12 lat, zajmuje się domem, gotuje sobie, pierze, dba o opał na zimę. Musi podejmować decyzje jak dorosły. Jest bardzo samodzielny, ale jednocześnie ma problemy emocjonalne, jest nadpobudliwy, skonfliktowany z rówieśnikami - twierdzi jego wychowawczyni.
- Rodzice traktują dzieci jak rzecz. Miałam tu nawet taką historię, że rodzice poszli do notariusza, żeby notarialnym dokumentem potwierdzić opiekę nad dzieckiem. Tłumaczyłam im, że dziecko to nie jest to samo, co działka czy dom. Choć czasem mam wrażenie, że budynek jest dla nich ważniejszy, niż własne dziecko - twierdzi Marta Gospodarska.
Krzyk: ja jestem 
Podkreśla, że relacja z rodzicami, a w szczególności z matką, dla dziecka jest bardzo ważna. - Jeśli ta więź jest zerwana, dziecko już na początku swojej drogi życiowej traci zaufanie do drugiego człowieka, traci umiejętność bycia z innymi - przestrzega pedagog. - Takie dzieci w dorosłym życiu mają problemy w związkach. Bardzo chciałyby kochać, ale nie potrafią, bo została zerwana ta pierwsza więź - tłumaczy mechanizmy. 
Dzieci, których rodzice pracują za granicą, mają poczucie niesprawiedliwości, zazdroszczą innym. - Starają się zwrócić na siebie uwagę. Ich agresja, rozrabianie na lekcji to krzyk: "ja jestem, niech się ktoś mną zainteresuje" - tłumaczy pedagog. 
Brak rodziców to także brak codziennych rytuałów, wspólnych posiłków, czytania przed snem książek. - Takie dzieci najczęściej znajdują sobie życie w komputerze, zamykają się na rówieśników i normalny świat - tłumaczy pedagog. Mają też przekaz, że najważniejsze w życiu są pieniądze, że to im podporządkowane jest wszystko. I za kilka lat, kiedy dorosną, będą popełniać te same błędy, co ich rodzice. Często też następstwem zarobkowych wyjazdów są małżeńskie konflikty, a dzieci wciągane są w kłótnie, intrygi dorosłych.
Trudnym okresem jest gimnazjum, kiedy dzieci zaczynają dojrzewać. - Grupa rówieśnicza jest wtedy najważniejsza. Jeśli w domu nie ma autorytetu, nie ma bliskiego kontaktu z rodzicami, wtedy takiemu nastolatkowi łatwiej wejść w kolizję z prawem, w subkultury - przestrzega pedagog. 
Pieniądze nie zastąpią rozmowy
Czy można jakoś złagodzić rozłąkę dzieci z rodzicami pracującymi za granicą? - Przede wszystkim przynajmniej jeden rodzic, a najlepiej matka, powinien zostać z dziećmi. Jeśli już pracujemy za granicą, miejmy codzienny kontakt. Przyjeżdżajmy jak najczęściej i spędzajmy czas z naszymi dziećmi - radzi Marta Gospodarska. - Ale niech to będzie naprawdę czas spędzony wspólnie - rozmowa, spacer, narty, basen.
Rodzice przyjeżdżają, chcą w krótkim czasie nadrobić zaległości "wychowawcze" - krzyczą na dzieci, rozliczają je z ocen, prawią kazania. Potrafią nawet wzbudzać poczucie winy, wypominając: "ja tam ciężko pracuję, przysyłam pieniądze, a tobie nie chce się uczyć". - Nie krzyczmy, ale wysłuchajmy, starajmy się zrozumieć, przeznaczmy czas tylko dla naszej pociechy. Szukajmy w naszym dziecku tego, co dobre, a nie tego, co złe - namawia psycholog.
- Ostatnio miałam taką sytuację - mama wyjechała, jak syn miał 2 latka, żeby zarobić na dom. Dziś stoi piękny dom, ona wróciła, ale syn, który jest w II klasie gimnazjum, nie ma zupełnie z nią kontaktu, nie ma o czym z nią rozmawiać. Jeśli ma problem, idzie do babci. I ona jeszcze ma o to do niego pretensje - mówi pedagog. - Może warto zastanowić się, co dla nas jest ważniejsze, zanim będzie za późno.

Beata Zalot, Tygodnik Podhalański, nr 12/2012

strona główna