Genialny inwalidek


Jest to historia ludzkiego geniuszu, wielkiej wrażliwości, ale i opowieść o ludzkim bólu, samotności i obojętności innych. Historia o niebie i ziemi; i zawieszonym pomiędzy dwoma światami człowieku. 
Rzecz pierwsza. Opowiada ks. proboszcz Władysław Janczy: 
- Światowej sławy pianista Witold Małcużyński kupił kiedyś u Janosa „Ostatnią Wieczerzę". Po latach przyjechał do Dębna jeszcze raz, by u ludowego rzeźbiarza zakupić kolejną rzeźbę. Janos nie tylko nie chciał mu nic sprzedać, ale nawet do domu go nie wpuścił. Gość z Warszawy poszedł szukać ratunku na plebani. Wybraliśmy się do Janosa razem - opowiada proboszcz. Józef tym razem wpuścił nas do izby, choć humoru dobrego nie miał. Małcużyński żeby mu się przypodobać, mówi, że ma już jedną jego rzeźbę. „Mogę odkupić" - burknął Józef Janos. „Józefie, pan Małcużyński to wielki artysta, odwiedza go wiele znanych ludzi, jak mu sprzedacie rzeźbę, będą ją oglądać wielcy ludzie, będziecie znani" - próbuję go przekonać. „Dy jak taki artysta, to niech se sam zrobi" - odburknął Janos i nic nie sprzedał.
Rzecz druga. Marian Gromada, malarz: W 1988 roku miałem w Niemczech wystawę wspólną z Marcinem Ozorowskim. Zaprosił nas wtedy do siebie znany znawca sztuki, kolekcjoner i filozof, ks. Steinbach. Zapytałem go, czy zna jakichś polskich artystów. Odpowiedział, że tak - zna dwóch wybitnych i ku mojemu zaskoczeniu wymienił Nikifora i Janosa.
Rzecz trzecia. Jan Janos, bratanek rzeźbiarza: -W tym roku nadawali w Dębnie nazwy ulic. Kilka osób zaproponowało podczas zebrania wiejskiego, żeby ulicę przy której mieszkał mój wujek, nazwać jego imieniem. „Kim on był? Bogiem? - zaprotestował jeden z mieszkańców. Ludzie go poparli i przegłosowali, żeby ulicę nazwać „Szkolną", a nie „ul. Janosa".
Rzecz czwarta. Maria Haręza, żona siostrzeńca rzeźbiarza: -Wzorem dla wujka i przykładem wielkiego geniuszu artysty był Wit Stwosz. Żeby zobaczyć ołtarz w Kościele Mariackim pojechał do Krakowa na rowerze. 
Rzecz piąta. Józef Janos „Inwalidek": 
„Bardrzo by jo chcioł być biegłym
ale nie w zeczach światowych
ino w takich o których tu
świat tu nie wie..." 
Ludzie starają sobie przypomnieć, kiedy Janos zmarł. Pięć lat temu? Osiem? Chyba trochę więcej. W końcu wychodzi, że od jego śmierci minęło trzynaście lat. Mówią o nim „Inwalidek", bo na froncie w Alpach Wschodnich nogi odmroził. Miał amputowane palce. Mówią jeszcze, że był odludkiem, samoukiem, dziwakiem i że jak czasem śmiali się z jego rzeźb, to potrafił ze złości swojego świątka porąbać. -Większego dziwaka z niego zrobili niż był w rzeczywistości - przekonuje ks. Władysław Janczy. 
Nie miał u ludzi poważania, bo nie był gazdą. Podjął trudną decyzję bycia artystą. Poświęcił się wyłącznie sztuce. W społeczności wiejskiej była to decyzja szczególnie trudna, wymagająca odwagi.
- Choć żył bardzo ubogo, ludzie zazdrościli mu pieniędzy i sławy. Kilkakrotnie go okradli - wspomina proboszcz. -W Dębnie tylko dwa budynki były bez prądu - nasz kościół i chałupa Janosa. Nasz zabytkowy kościół ze względu na bezpieczeństwo, a u Janosa nie było światła, bo bał się nowoczesności - opowiada proboszcz. 
- Spał w drewnianym łóżku, na słomie. Nie gotował nigdy, tylko bułki jadł i mleko od siostry. Gości ze świata tylko do siebie puszczał, a z ludźmi nie chciał rozmawiać - mówi Józefa Bryniarska z Dębna. -Do końca życia chodził w suknianych portkach i góralskim kapelusiku - podkreśla Wojciech Młynarczyk, syn kościelnego, do którego Janos czasem zachodził. Po tamtych czasach pozostała podarowana przez rzeźbiarza ojcu - figura św. Katarzyny.
Oprócz Wita Stwosza, wielkim szacunkiem Janos darzył postać św. Franciszka. Należał nawet do III Zakonu Św. Franciszka (dla osób świeckich). Janos często przychodził do kościoła wcześniej przed mszą, by w samotności się pomodlić. Dręczyły go też różne teologiczne problemy, o które pytał proboszcza. Lubił chodzić na odpusty. Zgodnie z jego życzeniem pochowali go w habicie franciszkańskim, który według informacji Wojciecha Młynarczyka trzymał w piecu. 
On wielbił świętych, jego hołubili ówcześni dygnitarze. -Miał na przykład duże wzięcie u żony premiera Jaroszewicza - opowiada proboszcz. 
- Proponowała mu nawet załatwienie jakiejś stałej zapomogi, ale on niczego nie chciał - podkreśla ksiądz. Żonie Gierka z kolei odmówił ponoć sprzedania swojej rzeźby.
Nie od razu Janos był artystą. Jak wrócił z wojny, zaczął robić ludziom koła do wozów, różne czerpaki, beczki, skrzynki. Za zarobione pieniądze i grosz odłożony z inwalidzkiej renty wybudował sobie własny dom. Hodował pszczoły. Nie ożenił się. -Mówił, że Maryna Janosika zdradziła, że wydała go na śmierć. I był to dla niego wystarczający powód, by od bab trzymać się z daleka - opowiada Maria Haręza. 
Przygoda z rzeźbieniem zaczęła się od figurki św. Kingi, którą zobaczył gdzieś w polach. Tak się nią zachwycił, że postanowił wyrzeźbić podobną. Z czasem poświęcił się rzeźbieniu całkowicie. Ludziom się to nie podobało. A że jeszcze się od wsi izolował, okrzyknięto go dziwakiem. Dzieci dokuczały mu, śmiały się z niego, biegały za nim, nawet w domu nie dawały spokoju. 
Nie miał przyjaciół. Czasem tylko do proboszcza wdepnął, by spytać „jak to jest z tym zbawieniem", namówić do kupna jednej z rzeźb lub przeczytać swój wiersz.
Narastała jego izolacja, ale i sława rzeźbiarza z Dębna rosła. W latach 50 był już artystą wielokrotnie nagradzanym, miał za sobą wiele wystaw między innymi w Moskwie. W 1953 roku odwiedził go znany angielski pisarz - Graham Greene. Zachwycony jego rzeźbami zakupił u Janosa czternaście płaskorzeźb Drogi Krzyżowej, które trafiły potem do jednego z najstarszych kościołów w Anglii - do kaplicy w Stonor Park. Telewizja kręciła o nim filmy, w gazetach ukazywały się artykuły, doczekał się nawet książki o sobie. Sława nie przewróciła mu w głowie, do końca żył niesłychanie skromnie, wręcz ascetycznie. 
Swoją pracę traktował jako boże posłannictwo, coś wyjątkowego, nie dopuszczał cudzych uwag ani sugestii. „Jak Pan Bóg chciał, tak tyz mi się śniło" - mawiał często. - Jak gdzieś kupił lipę na drewno, to płacił honorowo, ktoś chciał stówkę, a on dawał trzy albo cztery - opowiada Wojciech Młynarczyk.
Nie lubił się rozstawać ze swoimi rzeźbami. - Trzeba było trafić na dobry humor, żeby coś sprzedał - wspomina ksiądz. Swoje prace oddawał nie tym, którzy mieli pieniądze, lecz tym, którzy je szanowali. - Pewnego dnia, ktoś z zaufanych Janosa, żeby go pocieszyć, powiedział mu, że kiedyś jego rzeźby trafią do muzeum. Janos tak się tym przejął, że całą noc oka nie zmrużył. Rano o czwartej wstał, zapakował co cenniejsze rzeźby do worka i poszedł z nimi na piechotę do kościoła w Łopusznej. Zaproponował proboszczowi sprzedaż rzeźb. Bał się, żeby jego figurki nie trafiły przypadkiem do muzeum - opowiada ks. Janczy.
Pisał Janos także wiersze. Są one świadectwem pewnej jego językowej ułomności, bo ledwo czytał i pisał. Są jednak także dowodem wielkiej wrażliwości, głębi myśli, liryzmu.
Janosowi święci. Rozeszli się po świecie. Ostatnie rzeźby wywędrowały ze wsi już po jego śmierci. Kościół jest jedynym miejscem w Dębnie, gdzie można jeszcze obejrzeć większą ilość rzeźb Janosa i wykonanych przez niego sprzętów. Wszystkie idealnie wkomponowały się w starą modrzewiową świątynię. Prawie vis a vis wejścia rzuca się w oczy przepiękny świecznik zrobiony z jałowca i lipy. -Kiedyś, jeszcze za poprzedniego proboszcza, przyjechał do Dębna znany historyk sztuki z Krakowa prof. Szablowski z jakąś międzynarodową grupą. Zwiedzali nasz kościół. W pewnym momencie profesor zatrzymał wzrok na świeczniku i mówi, że to XVII wiek. A proboszcz kiwa głową i odpowiada mu: „Tak, tak, XVII wiek, tylko że rzeźbiarz jeszcze żyje - opowiada ks. Janczy. W kościele dębniańskim co krok można napotkać na ślady ręki Janosa. Jest tam przepiękny konfesjonał z bogatą ornamentyką góralską i z płaskorzeźbą przedstawiającą scenę powrotu syna marnotrawnego. Ojciec obejmuje syna trzema rękami. Janos tłumaczył proboszczowi, że te trzy ręce są po to, by wyrazić ogrom ojcowskiej miłości. Jego roboty jest pulpit, feretrony, krzyże na ścianie, stacje drogi krzyżowej czy św. Michał Archanioł rzeźbiony, gdy artysta miał 90 lat. Pień starej lipy przed kościołem, w którą strzelił piorun za sprawą Janosa przeobraził się w mieszkanie ukrzyżowanego Chrystusa.
Zakopane, Murzasichle, Łopuszna, Rzepiennik Szczyrzecki, Bukowina Tatrzańska, Stonor Park, Krościenko to tylko część kościołów, w których zamieszkali Janosowi święci. Jego figurki znajdują się dziś także w muzeach i wielu prywatnych kolekcjach. 
Kilka figurek po „Inwalidku" pozostało na plebani w rodzinnej wsi.
W Dębnie pozostała rozpadająca się już drewniana chałupa, w której Janos mieszkał. Niedawno spadkobierca ją sprzedał nowotarżaninowi mieszkającemu zza Oceanem, a za pieniądze założył w domu córki wodę. 
Pamięć Dębnian jest wybiórcza. Opowiadają głównie o wyśmiewanym ciągle i okradanym człowieku, o rodzinnych waśniach, o majątku i sądowych rozprawach, o jego śmierci. Nie ma Janos ulicy, bo mieszkańcy Dębna uznali, że nie był godny takiego zaszczytu. - Wielka szkoda, że tak się stało - ubolewa proboszcz. -Przecież Janos tyle dla wsi zrobił, tak Dębno rozsławił. Kiedyś wycieczki równo szły tak jak i do kościoła, tak i do Janosa - dodaje. 
Za to Janosowe świątki ciągle zadziwiają - koneserów sztuki, jej znawców a także zwykłych śmiertelników. Przywołują swoim stylem epokę romańską. Są przykładem niezwykłego autentyzmu, prostoty i zarazem ogromnej sugestywności. Zaskakują surowością zdobniczą, doskonałym wyczuciem formy.
Rzecz ostatnia: „Drzewo nigda nie jest samo. Ponbóg w nim siedzi i kie się siekierkom, strugacem lebo dłutem porusy, to się objawio. Ale na ręcach trza mieć naznacony krzyzyk, jako Wito Stwosz mioł" powiedział kiedyś Józef Janos.

Beata Zalot, Tygodnik Podhalański

strona główna