Kazimierz

W jednym z esejów Józefa Czapskiego czytamy:
"Malarz naprawdę nasiąknięty pracą i myślą o pracy wykorzystuje wszystko. Nie ma takiej pustyni, nie ma tak szarego, nikłego otoczenia, gdzie by nie odkrywał skarbów dla swej wrażliwości".
Czapski pisał te słowa wtedy, kiedy wraz z grupą przyjaciół pragnął odejść od tradycyjnych dla polskiego malarstwa motywów historycznych, od wielkich, heroicznych kompozycji, od malarstwa, którego istotą było odkrywanie tego, co najważniejsze w treści obrazu, a nie w jego malarskiej wartości.
Martwa natura, krajobraz, portret, zwyczajny fragment ulicy czy wiejskiej drogi mógł się stać i stawał się inspiracją do namalowania obrazu. To kompozycja, kolor, materia malarska, światło i przestrzeń, prostota zwyczajnych przedmiotów czy zobaczonej gdzieś architektury, człowiek czytający gazetę – stawały się inspiracją powstających obrazów, rysunków, pasteli.
Minęło wiele lat, a zapisane przez Czapskiego słowa nadal są aktualne. Dzisiaj już nie malarstwo historyczne, klasycyzujące motywy i historyczne tęsknoty dominują w malarstwie polskim, europejskim czy światowym. Kolejne nurty, style, sensacyjne wydarzenia i artystyczne mody, uniwersalne i ponadnarodowe, obejmują niemal cały świat. Niezwykłe i jeszcze niedawno niewyobrażalne przemiany polityczne sprawiły, że sztuka stałą się językiem nie znającym granic i nie potrzebujących tłumaczy. Ale też ta ponadczasowa „burza wolności” i uniwersalizacja języka przyniosła szereg niepokojących zjawisk. Wielkie imprezy, emocjonujące akcje, oszałamiające ceny dzieł na rynku sztuki doprowadziły w wielu przypadkach do zagłuszenia tego, co w sztuce było, jest i powinno pozostać jako istota dzieł i ich sens. Tym sensem i istotą jest własny, prywatny świat artysty, w którym może on zawrzeć i przekazać innym swoje przeżycia, wzruszenia, swoją interpretację świata i życia.
Jeżeli taką refleksja poprzedzam omówienie twórczości Beaty Zalot, to właśnie dlatego, by zwrócić uwagę na drogę, jaką dla swych pasteli wybrała artystka, która pisząc wiersze, pracując jako dziennikarz – swoim niedużym, ale bardzo wartościowym pastelom dała wyrazistą cechę szczególnego rodzaju autoportretu. Okazuje się, że ten właśnie wybór, nie zdeterminowany ani modą, ani traktowaniem malowania jako rozrywki, ani wyczekiwaniem na koniunkturę – stał się wyznaniem, cichą, ale przecież dramatyczną opowieścią o świecie i o sobie. Rozpoznawalne ulice krakowskiego Kazimierza, ale i innych „krakowskich kątów”, pastele poświęcone architekturze Lwowa, jakby notatki z uważnych spacerów, w czasie których artystka dostrzega kolor, wyrazistość architektury, światło i delikatne szarości bram i domów – wszystko to ukazuje nie tylko wnikliwość patrzenia na świat, ale i przeżywania tego, co się ogląda. Ale są też pastele, na których nie ma już domów, bram, i podwórek. Patrzymy na pola i niebo, na kolor, światło i przestrzeń, która stwarza nastrój krajobrazów oglądanych nieraz z okien pociągu, kiedy co chwilę oglądamy pejzaże inne, nagle pojawiające się, niektóre „miękkie” i łagodne, inne wyraziste, jak z geometrycznego szkicu. Artystka, pracując nad swymi pastelami – co naturalne i oczywiste – niektóre akceptuje, inne budzą jej wątpliwości, jeszcze inne uważa za nieudane. Sądzę, że to właśnie, ta radość, satysfakcja, ale i wątpliwości i irytacja, która doprowadza nieraz do zniszczenia swoich prac – otóż to właśnie pozwala na może patetyczne, ale naturalne po obejrzeniu prac stwierdzenie, że Beata Zalot w swej „pastelowej” twórczości poszukuje prawdy i ku prawdzie zmierza. Tą prawdą jest zarówno świat, który ją inspiruje, który odnajduje i podejmuje twórcze decyzje dlatego, bo po prostu jest to jej bliskie, po prostu się podoba. Z tej i takiej inspiracji rodzą się kolejne prace, uparcie zmierzające do ukazania i przetworzenia tego, co zainspirowało w świat obrazu, w świat pasteli. Kiedy oglądałem kolejne pastele Beaty Zalot, kiedy słuchałem, jak artystka mówi o swych wątpliwościach, niepokojach, kiedy najzwyczajniej w świecie opowiada "jak to zrobiła", gdzie powstał zamysł i jak został przemieniony – przypominałem sobie fragmenty dzienników i notatek różnych malarzy z różnych epok. Im więcej w tych zapisanych uwagach i wyznaniach wątpliwości, goryczy, poszukiwania źródeł błędów i nadziei, że przecież kiedyś pojawi się ten naprawdę dobry obraz, grafika czy rzeźba – tym bardziej zapiski te są prawdziwe. Tym bardziej czytelnie ukazują tajemnicę twórczości.

Pastele Beaty Zalot to w moim przekonaniu autentyczny dziennik kogoś, kto patrzy na otaczający świat, przeżywa go i szuka malarskich słów, by ukazać jego piękno, smutek, dynamizm i pojawiające się tu i ówdzie światło. Ten upór w poszukiwaniu prawdy przeżycia i prawdy wzruszenia pozwala mówić o pastelach artystki jako o bardzo wartościowym i ważnym zjawisku w pełnym zamętu świecie współczesnej sztuki, współczesnego zmagania się artystów z przeżywaniem tego, co widzialne i Niewidzialne. 

Stanisław Rodziński

strona główna